22 października 2016

Mikroformy

Mogę już pokazać kolejne mini-kardigany. Te dwa wyruszyły w podróż do Szwajcarii, do mojego kolegi z pracy, Alexandra i jego małego synka Jonathana. Mały Jonathan już jest na świecie i podobno nosi sweterki z dużym zadowoleniem :)

Dużo się nie będę rozpisywać, bo kardigany są identyczne jak te, które robiłam do tej pory. Oba zostały zrobione według wzoru Baby Vertebrae z włóczki Malabrigo Sock w kolorach Candombe i Dewberry. 




Poza dzierganiem sweterków dla noworodków (zostały jeszcze tylko dwa a potem ufff... nie robię nic dziecięcego przez długi, dłuuugi czas!) umilam sobie jesienną chandrę zakupami - oczywiście włóczkowymi! Opracowałam naprawdę poważny plan wykorzystania dotychczasowych zapasów - udało mi się wymyślić aż cztery (CZTERY!) projekty, które zrobię z włóczek już zalegających w domu, więc przecież należy mi się jakaś nowa dostawa, żeby w szufladach za bardzo się nie przerzedziło... Przyszła do mnie na przykład taka piękna czarnulka z siedmiu oczek, no przecież nie mogłam jej zostawić w sklepie! Dostałam też piękne markery w prezencie.




Na koniec zdradzę Wam, że skończyłam właśnie dziergać sweter Cosy Hubby i niedługo idziemy na sesję zdjęciową! Mąż jest niespotykanie zachwycony i naprawdę chce go nosić a i ja jestem bardzo dumna z tego swetra. Wyszedł idealny i nieśmiało może nawet zasugeruję, że to najlepszy sweter, jaki zrobiłam do tej pory. Nie mogę się doczekać fotek!

09 października 2016

Co dalej?!

Tradycyjnie pomyślałam sobie, że jeśli napiszę tu co dokładnie zamierzam wydziergać do końca grudnia, to może jakimś cudem się uda :) Kasiu, dziękuję za pytanie - postawiło mnie pod ścianą i kazało mi się rzeczywiście zastanowić i sprecyzować plany. Jak zwykle jest tego mnóstwo, połowa pewnie się nie uda, część projektów jeszcze czeka na pomysł na wełnę albo na pieniądze na wełnę... Standard ;) Jeśli skończę przynajmniej dwie rzeczy, naprawdę będę szczęśliwa.

1) Od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie czapka Veery - Soft Footsteps. Nie jest mi potrzebna, nie mam pojęcia w jakim kolorze powinna być ani z jakiej wełny ale bardzo mi się podoba i na pewno spróbuję ją zrobić jeszcze w tym roku.



2) Must-have to czarny szalik do mojego pstrokatego płaszcza, który dziergam już od lutego tego roku. Najpierw zrobiłam Ludlow, który skończyłam w czerwcu. Wyszedł fatalnie brzydki i nieforemny, sprułam i rzuciłam motki w kąt. Długo zastanawiałam się czy zamiast niego wydziergać kolejny szalik Guernsey, który tak dobrze sprawdza się u Łukasza a potem do głowy przyszedł mi jeszcze Henry. Zastanawiałam się tak długo, że jest już jesień a ja nadal nie mam tego szalika... Ostatecznie wpadłam na szalik własnego pomysłu, oczyma wyobraźni widzę już ten ścieg i bardzo mi się podoba. Jak będzie w praktyce, zobaczymy.

3) Jak zwykle, wpadło mi w oko kilka swetrów. Umiłowałam sobie ostatnio swetry proste, z małym dodatkiem, który przełamuje formę i taki jest właśnie Beckett. Wykonania na Ravelry są bardzo miernie i brzydko obcisłe - nie wiem czy uda mi się osiągnąć zamierzony efekt luzu, jak na zdjęciu oryginału ale spróbuję. Wzór już kupiony, teraz muszę się tylko zdecydować na odcień wełny.



4) Chodzi za mną również sweter z dekoltem w V, niestety nie potrafiłam rozstrzygnąć, czy jest to realne zapotrzebowanie czy po prostu fanaberia, bo jeszcze takiego nie robiłam. Zastanawiam się nad Lucindą albo Bentonem w wersji niepasiastej. Ten sweter ma najniższy priorytet, więc najprawdopodobniej nie powstanie w tym roku a całkiem możliwe, że nawet wcale ;)




5) Zastanawiam się też nad Puntillą, w ramach uzupełniania braku prostych swetrów w szafie. Mam pomysł na konkretną włóczkę łącznie z kolorem (!) więc najtrudniejsze za mną. Teraz tylko wydziergać. To spory fenomen, bo ten sweter w ogóle mi się nie spodobał, kiedy go pierwszy raz zobaczyłam na Ravelry.



Jak zwykle, wszystko szare i luźne ;) Dajcie mi pięć par rąk i mnóstwo hajsu na włóczki, żebym zdążyła to wszystko wydziergać do końca roku!

06 października 2016

Boska Andaluzja (post z zerowym kontentem dziewiarskim)

Szczerze mówiąc już zdążyłam zapomnieć, że byliśmy na tych wakacjach. Mój mąż niecnie przegrał zdjęcia z karty tylko na swój komputer, co znacznie przedłużyło proces dojrzewania do napisania tego wpisu. Ale już jest - napisany i gotowy i dedykuję go tym kilku osobom, które nie mają Facebooka i podglądać mnie mogą jedynie na blogu :) Oto krótka relacja z Andaluzji i jej pięknych krajobrazów.

Do Andaluzji wybraliśmy się na przełomie maja i czerwca, kiedy jest jeszcze przed sezonem turystycznym, ceny są znośnie i temperatury wahają się od 25 do 35 stopni. Nie polecam wybierać się tam w środku lata - to zdecydowanie najgorętszy region Europy i nawet największy miłośnik ciepła nie wytrzyma zwiedzania w pełnym słońcu i dwóch tygodni temperatur sięgających 40-kilku stopni. Żeby było wygodnie, wybraliśmy lot z Wrocławia do Malagi. Nie wynajmowaliśmy samochodu z kilku powodów: duże miasta w Andaluzji są naprawdę dobrze skomunikowane, bilety kupowane odpowiednio wcześniej są niedrogie, w Sewilli czy Granadzie dramatycznie ciężko jest zaparkować a poza tym wynajmując auto trzeba się tam liczyć z tym, że będziemy musieli jeszcze zapłacić za rysy na samochodzie - Hiszpanie parkują gdzie popadnie, często wciskają się na chama między samochody, zastawiają je na długie godziny, przepychają je dalej swoim własnym samochodem itp.



Najpierw odwiedziliśmy miasteczko Torremolinos, w którym spędziliśmy leniwie pierwszy tydzień naszego urlopu. Plan był taki, żeby wygrzewać się nad basenem/morzem, jeść i odpoczywać i tak właśnie było. Torremolinos to taka Ustka Andaluzji, miasto ma typowo wypoczynkowo-nadmorski klimat. Jest podzielone na dwie części - spokojniejszą i mniej zatłoczoną, w okolicy plaży La Carihuela i bardziej zabawowo-dyskotekową przy Paseo Maritimo. My oczywiście wybraliśmy tę pierwszą. Spaliśmy w przyjemnym butikowym hotelu z basenem (morze w Andaluzji jest jeszcze zimne w maju), gdzie cieszyliśmy się drineczkami i słońcem i wyrzucaliśmy z głowy ostatnie myśli o pracy. O ironio, w Torremolinos zdarzyło mi się zjeść najlepszą pizzę pod słońcem - jeśli tam się wybieracie koniecznie zajrzyjcie do restauracji Don Bose! Ja na pewno tam wrócę :)






Jeszcze w trakcie pobytu w Torremolinos pojechaliśmy na jednodniową wycieczkę do Rondy. To był mój punkt must-see na mapie Andaluzji :) Głównie przez rewelacyjne położenie nad wąwozem, fantastyczne widoki i monumentalny most Puente Nuevo z końcówki XVIII wieku. Niezłą frajdą było popijanie drinków na tarasie wykutym na zboczu wąwozu, zaraz przy moście (widać go na poniższym zdjęciu).







Z Torremolinos wzięliśmy taksówkę na dworzec autobusowy w Maladze i stamtąd ruszyliśmy do Granady. Niestety nie udało nam się zobaczyć wszystkiego, co planowaliśmy - dostałam jakiejś dziwnej alergii z zakażeniem, spuchł mi mięsień łydki i nie mogłam chodzić i tym samym pozbawiłam nas wycieczki do dzielnic Albaicin i Sacromonte. Dzięki tej przygodzie odkryliśmy plusy wakacyjnego ubezpieczenia zdrowotnego (zawsze wykupujemy ale nigdy nie zdążyło nam się korzystać) - po telefonie do PZU w ciągu godziny do naszego hotelu przyjechał lekarz. Była 21 w niedzielę! Receptę wykupiłam w aptece czynnej do godziny 23 (przypominam - niedziela) naprzeciwko naszego hotelu a za leki zapłaciłam.... 5 euro. W ramach ubezpieczenia mieliśmy również refundację kosztów leczenia, ale nie chciało nam się uzupełniać druczków, żeby dostać 5 euro z powrotem...

Zanim alergia unieruchomiła mnie na dobre, udało nam się zobaczyć Alhambrę, z czego ogromnie się cieszę! Czytałam bardzo dużo opinii, że Alhambra jest przereklamowana, że długo się czeka, że kolejki i mnóstwo ludzi i że nie warto... No cóż, może mam plebejski gust ale jeszcze żaden zabytek nie zrobił na mnie takiego wrażenia, jak ten. Jeśli się tam wybieracie, pamiętajcie że bilety do Alhambry (szczególnie do Pałacu Nasrydów - najbardziej spektakularnego zabytku z całego kompleksu) trzeba kupować kilka miesięcy przed, szczególnie w sezonie. Inaczej możecie obejść się smakiem. Ozdobą kompleksu są przepięknie utrzymane ogrody. Dodatkowo jest on usytuowany na wzgórzu, skąd rozciąga się widok na całą Granadę i okolice. Naprawdę jest na co popatrzeć.









Poza Alhambrą Granada nie zrobiła na nas szczególnego wrażenia, choć może nasza opinia byłaby inna, gdybyśmy zwiedzili Sacromonte, które jest podobno najbardziej klimatyczną dzielnicą miasta. Generalnie było przyjemnie ale nie zakochałam się w klimacie tego miejsca.

A poniżej bar z szynką ;)



Z Granady wybraliśmy się pociągiem do Sevilli. Sevilla to zdecydowanie najpiękniejsze miasto regionu, zachwyciło nas do bólu i na pewno tam wrócimy po więcej! Ma fantastyczny klimat a stare dzielnice z zabytkami są dogodnie położone i można je wszystkie zwiedzić na pieszo. Na początku powolutku (nadal ledwo mogłam chodzić a im było cieplej tym gorzej) a pod koniec pobytu już całkiem dziarsko maszerowaliśmy wśród krętych, pięknych uliczek, klimatycznych knajpek i spektakularnych zabytków. Największe wrażenie robi żydowska dzielnica z ulicami tak wąskimi, że miejscami wygląda jak Wenecja. Zachwyt sięgał zenitu!

Złota wieża
Giralda i Katedra

Katedra

Miasto ma oczywiście punkty, które każdy turysta musi zobaczyć: Złotą wieżę, Giraldę, Katedrę de Santa Maria de la Sede i Alcazar (pałac królewski). Alcazar jest kompleksem mniejszym i zdecydowanie mniej spektakularnym niż pałac Nasrydów ale równie pięknym. Warto też przejść się po ogrodach i pooglądać przechadzające się tam pawie. Ogromne wrażenie robi Plaza de Espana - byliśmy tam dwa razy, w dzień i w nocy i oba widoki są nieziemskie.

Alcazar





Plaza de Espana




I na koniec my :)



Przed powrotem do Polski spędziliśmy jedną noc w Maladze, raczej z konieczności, z powodu wylotu o 6 rano niż z planu i chęci. Malaga jest bardzo ładnym miastem ale po obejrzeniu Sevilli i Granady nie powala. Pokręciliśmy się nieco po starym mieście i nabrzeżu portowym, nie zapuszczaliśmy się za to do części turystycznej z plażami i hotelowymi molochami. Na wzgórzu w pobliżu miasta znajduje się zamek, do którego wiedzie przepiękny pieszy szlak. Jest to dosyć długa i wymagająca wycieczka, na którą nie znaleźliśmy czasu w naszym napiętym harmonogramie. I dobrze, bo moja noga jeszcze dawała się trochę we znaki.







I to by było na tyle :) Obecnie żyję już bardziej przyszłymi wakacjami, które zaczynam planować. Tym razem wybieramy się do Włoch.



05 października 2016

Jesienne sprawozdanie

Całe lato dosyć sążnie się opieprzałam, jeśli chodzi o realizację planów dziewiarskich na ten rok. Po wakacjach i skończeniu konfiturowego sweterka jakoś niespieszno mi było sięgać po druty. Oczywiście teraz głowa mi pęka od pomysłów na nowe udziergi i żałuję bardzo, że latem nie zadbałam, by kolejka rzeczy zaplanowanych na ten rok odrobinę zmalała. Próbuję teraz trochę nadgonić ale wiadomo jak to jest - jesienią dni są jakby krótsze i ledwo co usiądę do dziergania, mrugnę dwa razy i już się okazuje że jest północ i czas iść spać.

Z osobistych sukcesów - we wrześniu przysiadłam i udało mi się skończyć sweter Birch Bay. Na razie nie będzie zdjęć bo mam gorsze dni i zero ochoty na bycie fotografowaną ale Marzena obiecała zrobić mi zdjęcia jakjuż mi przejdzie niechęć do obiektywu na co bardzo bardzo ogromnie się cieszę!! Wiecie jakie ona robi piekne zdjęcia, więc kto by się nie cieszył :)

Dodatkowo, chyba w ramach dalszego poprawiania mi humoru, dostałam od Marzeny wzór na sweter Cosy Hubby. To właśnie on zajmuje mi teraz wieczory. I będzie zajmował jeszcze długo, bo męski sweter robiony na drutach 3.0 mm to nie jest przepis na błyskawiczny udzierg. Niemniej jednak dzielnie dziergam, bo obiecałam a poza tym Łukasz ma poważne braki w zimowej garderobie i nieziemsko marudzi.



Zaczęłam ten sweter na L4, pod kołderką w grubym swetrze :) Nie wiem co mi się stało tym razem - zazwyczaj po tygodniowej chorobie sweter byłby skończony i właśnie się blokował ale tym razem nie mogłam znaleźć sobie miejsca w domu, na druty patrzeć mi się nie chciało.... ZGROZA!

Poza swetrem napierdzielam taśmowo sweterki dla dzieci. Niemal wszystkie moje przyjaciółki a także kilka koleżanek oraz jeden kolega z pracy postanowili się rozmnożyć właśnie w tym terminie (porody od listopada do stycznia) więc dziergam, żeby zdążyć z prezentami i przyznam się, że już nie mogę patrzeć na te dziecięce udziergi. Dodatkowo dzierganie dla dzieci, których wymiarów się nie zna zawsze wprowadza do zabawy lekką nutkę niepokoju, przerażenia i konsternacji, której efektem są paniczne telephony do matki z pytaniami typu "Jaki obwód ma głowa noworodka? Porównaj do owocu! Melon Galia??!?!"

Do tej pory nie wiem jak z tą głową, więc zadowolenie z prezentu może być różne ;) Poniżej kardigan i czapka dla małego Jaromira, który chyba pojawi się na świecie jako pierwszy z listy oczekujących :)





Dane techniczne:

Sweterek: Baby Vertebrae
Druty: 3.0 mm
Włóczka: Włóczki Warmii, Mirella w kolorze Miętowa herbata
Zużycie: 0,65 motka.

Choć mam już trochę motków Mirelli w domu, to jednak ten był pierwszym, który przerobiłam. Samą włóczką jestem pozytywnie zaskoczona. Nie jest tak milusia jak np. Malabrigo Sock ale absolutnie spełnia standardy miłego merynosa nadającego się na dziecięce ubrania.

Starałam się wcelować w wymiary noworodka ale jak wyszło to się jeszcze okaże. Kolor jest trochę odjechany ale mama Jaromira lubi zielony a poza tym potrzebowałam chwili oddechu od wszystkiego co jest szare - obecnie mam na drutach 6 projektów nie licząc dziecięcych sweterków i wszystko toto jest szare. Na szczęście tym razem mogłam odrobinę poszaleć ;)


A jak Wam mijają przygotowania do jesieni?