27 grudnia 2016

Parkway + Corda

Dawanie prezentów jest zdecydowanie najfajniejszą częścią świąt. Mimo że jestem ateistką, mogłabym obchodzić gwiazdkę nawet i dziesięć razy w roku, tyle frajdy daje mi szukanie, przygotowywanie i wręczanie prezentów. Nie ma nic lepszego, niż świąteczna atmosfera dawania. No i pakowanie! Pakowanie jest wartością samo w sobie ;)




Podchodzę do sprawy bardzo poważnie! Zazwyczaj prezenty na gwiazdkę mam obmyślone i zaplanowane już we wrześniu/październiku. Dwa miesiące przed świętami zajmuje mi dopieszczenie szczegółów, dzierganie i szukanie najlepszej wersji tych prezentów, których wydziergać nie można. Dlatego gdy daję siostrze szalik w prezencie, to nie drżę w oczekiwaniu na komentarz, bo dobrze wiem, że taki był akurat potrzebny - w tym wzorze i kolorze, który nie dość, że twarzowy to jeszcze pasuje do najczęściej noszonej kurtki ;) Taką jestem dobrą siostrą! ♥




Rzeczony szalik to Parkway, wzór autorstwa Amy Miller. Wybrałam go, bo strasznie spodobało mi się to wykonanie z Malabrigo Mecha a całkiem spore zapasy tej włóczki leżakują w mojej przepastnej szufladzie przeznaczonej na skarby przywłaszczone z Niebieskiego Szopa :) 

Zdjęcia prosto ze świątecznego frontu i debiut mojej siostry na blogu!




Dane techniczne:
Wzór: Parkway by Amy Miller
Włóczka: Malabrigo Mecha w kolorze Eggplant
Zużycie: 4 motki
Druty: 5.0 mm

Do szalika musiała być też pasująca czapka. Pasująca, ale nie do końca pasująca, żeby nie było odpustowo. Wybrałam czapkę Corda, bo ma ładne warkocze, odpowiednio różne od tych na szaliku. Niestety nie mam zbyt dużo zdjęć tej czapki, nie skupiałam się na niej, bo Mount Everestem dziewiarskich umiejętności to ona zdecydowanie nie jest. Ot, zwykła ale zgrabna czapka :)




Warkoczowy wzór na czapce bardzo ściska dzianinę. Musiałam ją pruć kilka razy, bo była za ciasna. Ostatecznie po zrobieniu ściągacza zmieniłam druty na rozmiar większe i kryzys został zażegnany.

Dane techniczne:
Wzór: Corda by Tori Gurbisz
Włóczka: Malabrigo Mecha w kolorze Eggplant
Zużycie: 1 cały motek
Druty: 5.0 mm na ściągacz, 6.0 mm na warkocze

Siostra powiedziała mi ostatnio, że nosi tylko i wyłącznie komin i czapkę, które dostała ode mnie w zeszłym roku. Mam nadzieję, że drugi komplet urozmaici jej zimową garderobę :)

22 grudnia 2016

Zimowe wakacje w Omanie

Ten wyjazd miał być na Kanary, ewentualnie Maderę ale kiedy zobaczyłam piękne piaszczyste plaże i prognozę pogody zapowiadającą 35 stopni, wiedziałam już, że nie dam się namówić na zwiedzanie tych stosunkowo zimnych i wietrznych o tej porze roku wysp ;) Wyjątkowo zdecydowaliśmy się na podróż z biurem podróży. Od pewnego czasu nie uskuteczniamy takiej formy wypoczynku ale tym razem nastawiliśmy się na błogie lenistwo i zerowy poziom zaangażowania w planowanie wakacji. 

Zdjęcia są raczej monotonne -  przedstawiają głównie nas i plaże na obrzeżach Salalah i nas ;) Z uwagi na stacjonarny założenie tych wakacji nie wyprawialiśmy się poza miasto. Niestety część zdjęć psują czarne kropeczki - mocny wiatr na plaży nawiał mi mikroskopijne drobinki piasku w obiektyw. Smuteczek! Kiedyś je usunę w fotoszopie... ale to nie będzie dziś ;)



Oman nas zachwycił absolutnie - słońcem i klimatem, plażami bez żywej duszy ciągnącymi się kilometrami oraz uprzejmością i otwartością ludzi. Omańczycy znani są z tego, że podchodzą (a raczej podjeżdżają samochodami) do białych ludzi i bez żadnego skrępowania wypytują - skąd przyjechaliście? co robicie? czy macie dzieci? jak ci się podoba Oman? Po zaspokojeniu ciekawości żegnają się i odjeżdżają. Mimo że w ich kulturze rozmawianie czy wpatrywanie się w kobiety inne niż żona lub bliskie krewne jest rzeczą zakazaną, ograniczenia te znikają, kiedy kobieta jest biała i ubrana po europejsku :) Omańczycy wychodzą z założenia, że skoro pokazujesz to można patrzeć, skoro popatrzyłaś z powrotem to można też porozmawiać. Co bardziej postępowi nawet poklepią po ramieniu, czy przytulą do zdjęcia ale to już wyjątki, bo dotykanie kobiet jest tam bardzo niemile widziane. Tacy otwarci panowie oczywiście mają żony, którym nigdy nie przyszłoby do głowy przytulać się z innym mężczyzną do zdjęcia ani zdjąć publicznie chustę z głowy. To było zetknięcie z zupełnie inną kulturą - mimo że od 40 lat rozwija się w bardzo szybkim tempie i jest otwarty na Zachód bardziej niż jakikolwiek inny kraj regionu, Oman zachował swoją tożsamość i tradycyjny styl życia.






Pustynne wybrzeża Omanu to dla mieszkańców bardzo dobre miejsce na piknik albo rajdy samochodów. Albo na jedno i drugie. Przyjeżdżają nad wodę spędzać czas z rodziną i ścigać się lub driftować swoimi wypasionymi suvami. Jak widać na powyższym zdjęciu, czasami auto utyka w piasku i trzeba je pchać ;)

W kraju panuje kult samochodów - im większy tym lepszy, im nowszy tym lepszy. Żeby pokazać, że samochód jest nowy, Omańczycy nie ściągają folii zabezpieczającej z foteli i zagłówków, nie odklejają też naklejek z samochodu - nowoczesny suv z zafoliowaną kanapą to tutaj znak sukcesu :) Stać ich na takie fanaberie, bo nie płacą ani podatków ani akcyzy od importowanych samochodów, przez co są one około 30% tańsze niż w Europie. Benzyna jest dotowana i obywatele płacą mniej niż imigranci czy turyści - około 1 zł za litr. W Omanie obywatel będący osobą fizyczną nigdy nie zapłaci podatku a państwo dołoży mu jeszcze ziemię pod budowę domu na  21 urodziny - dotyczy to też kobiet.








W poniedziałek mieliśmy okazję zobaczyć główny meczet w Salalah. Była to jedyna szansa - w pozostałe dni tygodnia meczet jest dostępny tylko dla wiernych. Sam budynek nie zrobił na nas dużego wrażenia - ten konkretny meczet jest bardzo ascetyczny, nie ma tam przepychu, by nie odciągąć myśli od modlitwy. Ja jednak podziwiałam misterne zdobienia na oknach, drzwiach, no i przede wszystkim na suficie....




Wyprawa do meczetu to był jedyny dzień, w którym musiałam dostosować swój ubiór do muzułmańskich standardów. Kobiety wchodzące do meczetu muszą mieć zakryte kostki, nadgarstki i głowę. Na plaży w Salalah i w hotelu nie było żadnych obostrzeń, na miasto lepiej było nie wychodzić w szortach i koszulce na ramiączkach. Oczywiście panowie mogli chodzić jak chcieli :)





Powyżej nasz kierowca i przewodnik w tradycyjnych diszdaszach - te omańskie charakteryzują się brakiem kołnierzyka.








W Omanie panuje kult Sułtana Kabusa - to właśnie on wyciągnął kraj z zapaści, zakończył wojnę domową i wprowadził kraj w XXI wiek, unowocześniając praktycznie wszystko, od szkolnictwa, które stworzył od podstaw, przez transport (każdy przewodnik po Omanie zaczyna się od informacji, że w latach 70tych było tu 10 km asfaltowych dróg) po gospodarkę. Wprowadził ubezpieczenia społeczne, darmową edukację, służbę zdrowotną a dla najuboższych w kraju powstało 350 socjalnych.... willi :) Dlatego nie zdziwił nas szczególnie powyższy napis na zapasowej oponie ;) W każdym sklepie, hotelu, domu znajduje się jego portret a na większych budynkach portrety wiesza się na zewnątrz, im większy tym lepszy oczywiście. 

Nawet arabska wiosna rozeszła się tu po kościach - w 2011 roku odbyły się protesty w głównych miastach Omanu, ale postulaty były raczej socjalne niż wolnościowe - obywatele żądali więcej miejsc pracy (i ograniczenia napływu imigrantów), niższych kosztów życia i podwyżki płacy minimalnej. Nie postulowano natomiast obalenia rządów Sułtana. Nic dziwnego, bo pan Kabus ma dobry PR i przemyślenia - po protestach studenci dostali kieszonkowe od państwa (ponad 200 dolarów), bezrobotni miesięczne świadczenia w wysokości 400 dolarów na osobę a parlament - ograniczoną władzę ustawodawczą. I od tej pory wszyscy są szczęśliwi. Czemuż Polska nie ma ropy?! ;) 






Cudowny kraj, szczęśliwi ludzie.... i zadowoleni turyści. Odpoczęliśmy, zachwyciliśmy się Omanem i na pewno wrócimy po jeszcze. Wszak północ i Muskat nie zwiedzą się same :)

Na koniec fantastyczny kawałek, który niedawno odkryłam. Klikamy i czujemy się jak na wakacjach w kraju z Baśni tysiąca i jednej nocy.


W podróży towarzyszyła mi bardzo ciekawa książka. Jeszcze jej nie skończyłam, bo dawkuję sobie rozdziały :) Książka opowiada o najważniejszych krajach basenu Morza Arabskiego uczestniczących w historycznym szlaku handlu pieprzem - Omanie, Zanzibarze i Indiach. Dwa ostatnie są na mojej liście "to go", więc książka jest tym bardziej interesująca :)


Ciężko było wrócić do Polski i minusowych temperatur.... Przedarłam się przez dzikie tłumy w sklepach, kupiłam szynkę (można się stęsknić) i chleb i od jutra zabieram się za dzierganie :) Stan gotowości do świąt - zerowy!

12 grudnia 2016

Bezdomna ślicznotka

Chusta samochodowa, wydziergana w trakcie podróży w ostatni weekend tego lata :) W zamierzeniu miała być prezentem dla mamy ale... ostatnio usłyszałam od niej, że więcej chust już nie potrzebuje. Przy okazji nie omieszkała mi oznajmić, że przydałby się szalik albo sweter... Albo szalik i sweter ;) Na druty wskoczyło więc co innego...  I tak oto ten piękny Baskerville stał się sierotką.




Wszelkie propsy za dobór kolorów i wzoru należą się absolutnie wyłącznie Ani, od której bezczelnie zerżnęłam pomysł na włóczkę. Po raz kolejny zresztą ;) Wielkimi umysłami trzeba się inspirować a nie zazdrościć, choć i tak nigdy nie wychodzi tak pięknie, jak w oryginale ;))))

Dane techniczne:
Wzór: Baskerville
Włóczka: Malabrigo Rios w kolorze Playa - 3 motki
Druty: 4.00 mm



Pogoda totalnie zniechęca do robienia zdjęć - wychodzą mi przyszarzałe i nieostre... Nie chciałam ich publikować ale pomyślałam, że pokażę chociaż jedną rzecz z tych zalegających ;) Wczorajszy deszcz pokrzyżował nasze plany, żeby zrobić sesję Melanie i Cosy Hubby... Nadal nie mam ich fotek i pewnie nie uda mi się ich zrobić przed końcem roku :(




A jak Wam idą przygotowania do świąt? Dziewiarska robota idzie pełną parą, kłębki wełny i miłości fruwają w powietrzu? U mnie harmonogram bardzo napięty ale udało mi się skończyć parę udziergów. Niestety nic jeszcze nie mogę pokazać. Ćśśśśśśśś... ;) Ale może niedługo podeślę na bloga jakąś fotkę z palmą i piękną pogodą ;)

EDIT: I ślicznotka nie jest już bezdomna! ♥ Dziękuję!

05 grudnia 2016

Birch Bay

Dawno, dawno temu, we wrześniu, kiedy skończyłam ten sweter, Marzena była tak miła i zaproponowała mi jego sesję zdjęciową. Nie muszę chyba mówić, że byłam wniebowzięta, bo pewnie każdy kto widział zdjęcia Marzeny (ze mną włącznie) nie raz podziwiał i zazdrościł... Jakoś tak się złożyło, że na sesję zdołałyśmy się umówić dopiero pod koniec listopada... Wiadomo - dwa stopnie na minusie i ostry wiatr to najlepsze warunki do robienia zdjęć! Ostatecznie nic tak nie spaja przyjaźni jak wspólne odmrażanie sobie tyłka pośrodku lasu :)

Wyniki współpracy kłody drewna (to ja) z artystyczną duszą można podziwiać poniżej. Zdjęć będzie dużo, bo trudno mi było ich wszystkich nie pokazać :) Marzena - pięknie Ci dziękuję za zdjęcia i całą Twoją pracę! 










Sweter wydziergałam z włóczki Cascade 220. Bardzo lubię tę wełnę. Jest co prawda nieco szorstka i zdecydowanie czuje się to na ciele, ale ma niesamowity rustykalny wygląd, który pozwala osiągnąć odpowiedni efekt przy takich swetrach jak Birch Bay właśnie. Dwa lata temu wydziergałam z niej Wheaten scarf i muszę powiedzieć, że przez ten czas włóczka ani trochę się nie zmechaciła a szalik wygląda na prawie nowy.


Dane techniczne:

Wzór: Birch Bay
Włóczka: Cascade 220 w kolorze 8401 Grey
Zużycie: 4.9 motka
Druty: 4.5 mm na korpus i ściągacz, 4.0 mm i 3.5 mm na rękawy oraz 3.5 mm na ściągacz przy dekolcie







Wzór jest godny polecenia, ścieg liści dębu jest niepowtarzalny i wygląda świetnie w gotowej dzianinie. Niestety, jak to zwykle z wzorami z Brooklyn Tweed bywa, wzór zakłada dzierganie swetra w kawałkach i zszywanie. Jedynie rękawy są nabierane z krawędzi i dziergane w okrążeniach. Generalnie powiedziałabym, że wzór jest bardzo wymagający jeśli chodzi o używane techniki i na pewno nie nadaje się dla osób początkujących. Doświadczonym dziewiarkom nie sprawi problemu, ale nie ma tu zbyt wiele miejsca na bezmyślne, telewizyjne dzierganie - trzeba cały czas uważać na to, co się robi.

Przez chwilę zastanawiałam się nad tym, czy nie robić go w jednym kawałku ale doszłam do wniosku że oversizy dużo lepiej się układają, gdy są szyte i zdecydowałam się dziergać zgodnie ze wzorem. Nie czuję się dobrze w golfach więc w mojej wersji go po prostu ominęłam.



To by było na tyle - jak Wam się podoba? :) 

A niedługo zdjęcia Cosy Hubby, mojej wersji Melanie i paru szyjogrzejów! 


26 listopada 2016

Zielony komin

Kupiłam kiedyś dwa motki Drops Big Delight - to było tak dawno temu, że zdążyłam tę włóczkę przewinąć oraz kilka razy ją zgubić, zapomnieć o niej i ją odnaleźć. Możecie sobie wyobrazić moje zdziwienie, kiedy, obiecawszy koleżance zielony komin w kwadraty, wydobyłam tę włóczkę z czeluści szafy i okazało się, że nie jest zielona... Wcale.

Nie wiem skąd wzięłam ten zielony :) W motku włóczka rzeczywiście była zielonkawo-oliwkowa, fioletowa i rdzawa ale po kilku przerobionych kwadratach okazało się, że są tam brązy, żółcie i turkusy... Jedynie zieleni brak :) Powstał więc komin w kolorach absolutnie jesiennych i absolutnie nieadekwatnych do pierwotnych wyobrażeń.




Dane techniczne:
Wełna: Drops Big Delight kolor 10
Zużycie: 2 pełne motki
Druty: 4.0 mm

To jest mój piąty komin wykonany ściegiem entrelak. Lubię robić kominy tym wzorem - dzierga się je szybko i nie ma nudy w trakcie, ale zrobiłam ich już tyle, że ten raczej będzie ostatnim ;)

Ja tymczasem zmykam dziergać mój nowy, puchaty sweterek!

03 listopada 2016

Dwa tygodnie płynnego szczęścia

W ciągu ostatnich dwóch tygodni przydarzyła mi się masa przemiłych rzeczy, które sprawiły że chwilowo żyje mi się tak lekko i szczęśliwie, jakbym naćpała się mikstury Felix Felicis (kto nie czytał Harrego Pottera niech się wstydzi i biegnie nadrobić!). 

Najpierw dostałam bardzo atrakcyjną oferta pracy z innej firmy, którą bez zastanowienia przyjęłam w swoim umyśle ale musiałam odrobinę podręczyć panią z haeru ("Potrzebuję czasu do namysłu.." hihi!) żeby nie byli aż tak pewni siebie ;) Godzinę później dostałam email noszący znamiona paniki od mojego potencjalnego przełożonego zapewniający o wielkiej, przemożonej chęci zatrudnienia mnie, właśnie mnie i o tym morzu, oceanie możliwości który na mnie czeka w nowej firmie. To ostatnie oczywiście piszę z przymrużeniem oka, bo każda firma obiecuje takie oceany zanim się umowę podpisze a potem przychodzisz i o! kałuża po burzy. Dupa a nie ocean.

Następnie udało mi się wynegocjować u mojego obecnego pracodawcy krótszy okres wypowiedzenia - to chyba cieszy mnie najbardziej, bo UWAGA! będę siedzieć półtora miesiąca w domu, zanim zacznę nową pracę w styczniu. Tak, proszę państwa, od 18 listopada, kiedy to pojawiam się ostatni raz w pracy będę sobie odpoczywać aż do 1 stycznia. Będę dziergać aż mi ręce odpadną, czytać i wylegiwać się w łóżku do godzin późnowieczornych. Taki mam plan. 

W międzyczasie wydarzyła się masa innych miłych rzeczy mniejszego kalibru. Zajmowałam się planowaniem naszych przyszłorocznych wakacji we Włoszech, w wyniku czego w głowie mam teraz same przyjemne, ciepłe obrazy z turkusową wodą i pięknymi krajobrazami. Ingrid dała mi znać że moje piękne, wyczekiwane włóczki Lilou już są gotowe i jadą do mnie! Miałam urodziny i moi starzy i nowi znajomi stawili się tłumnie w restauracji, gdzie sobie świętowaliśmy. Spotkałam się z człowiekami, których nie widziałam miliony lat a jeden taki człowiek przyjechał z samych Falklandów (no dobra, przyjechał z Wałbrzycha, ale wcześniej z Falklandów!) i dał mi kwiatki. O takie o! Piękne. 


Dostałam też od moich kochanych znajomych kupony na zakupy u Chmurki, więc niedługo będę tam szaleć, szczególnie że muszę zrobić zapasy włóczkowe na półtora miesiąca siedzenia w domu i obrastania w tłuszcz i wełniane włoski. 

Generalnie spotkała mnie cała kupa szczęścia. Próbowałam iść za ciosem i kupiłam kupon na totolotka ale nie pykło. No trudno, widocznie nie można mieć wszystkiego ;)



Wiem że wiszę Wam parę fotek moich już skończonych udziergów, ale ostatnio zupełnie mi nie po drodze było z aparatem ani drutami. Od kiedy skończyłam Cosy Hubby dla Łukasza nic mi na drutach nie wychodzi. Robiłam piękny, piękny sweter Beckett, który ostatecznie musiałam spruć, bo jakiegokolwiek motka bym nie użyła, kolor układał się tak, że pod pachą wychodziła wielka, ciemna plama. Sam wzór też był na maksa rozczarowujący, ostatecznie robiłam sweter improwizując. Jeśli ktoś ma planach kupienie tego wzoru to nie róbcie tego, bo to strata pieniędzy! Zaczęłam tez swój czarny szalik ale nie podpasował mi wzór i ostatecznie rzuciłam go w kąt.

Mam natomiast dłuuuugo wyczekiwane zdjęcia RedD. Chusta była prezentem dla mojej mamy - zrobiłam ją w maju. Próbowałam dawno temu zrobić zdjęcia w plenerze, ale ostatecznie lepiej wyszły te na manekinie, co wcale nie oznacza, że wyszły dobrze. Niestety brak światła robi swoje. Wzór testowałam dla Ani Stasiak, wybłagałam udział w teście jak tylko zobaczyłam na zdjęciach ten wężyk z przekręconych oczek prawych - majstersztyk! 





Dane techniczne:
Wzór: RedD by Anna Stasiak (jeszcze nieopublikowany)
Druty: 3.5 mm
Włóczka: Lilou Single Fingering w kolorze Weathered
Zużycie: 2 pełne motki

Włóczka jest piękna, muszę sobie jeszcze raz zamówić coś od Lilou w tym kolorze, chętnie przytulę parę motków dla siebie :) Tymczasem wracam do dziergania Becketta od nowa, inną włóczką... Tym razem na pewno wyjdzie lepiej :)